Giacomo Galeazzi*: Tak, jestem nieźle przestraszony, chociaż broniłem tej szybkiej beatyfikacji i osobiście bardzo wierzę w jego świętość. Boję się, bo widzę, że Jan Paweł II jest coraz bardziej przerabiany tu, na ziemi, ze świętego w jakiś święty obrazek czy świątka. To nie tylko media, to także wierni i ludzie Kościoła. Czytam i słucham, że wszystko wiedział, wszystko potrafił przewidzieć, nie wątpił, nie popełniał błędów, zawsze mężnie patrzył w przyszłość. Produkcji dewocyjnych gadżetów towarzyszą dewocyjne idealizacje, stereotypy... To groźba bałwochwalstwa przy zapomnieniu o prawdziwym życiu, trudnościach, nieprostych wyborach. To odczłowieczanie papieża, które mu szkodzi, redukuje jego wielkość jako świętego człowieka, a nie bożka.
Czy można go jakoś obronić?
- To naglące zadanie, bo kanonizacja zapewne odbędzie się w 2012 r. i wtedy może być jeszcze gorzej. Trzeba opowiadać, opowiadać i jeszcze raz opowiadać o nim jako o prawdziwym człowieku - świętym, ale jednym z nas. O kierowcy, który wiózł go na konklawe i mówił, że nie ma szans, bo nie potrafiłby rządzić. O tym, że zgodził się zostać papieżem, choć bał się Watykanu - trudnej administracji kościelnej, siedliska szpiegów wszelkiej maści, co było oczywiste w czasach zimnej wojny. Opowiadać o wielkiej cenie, którą zapłacił za ogromne sukcesy swego pontyfikatu.
O wielkiej cenie?
- Nie można zrozumieć historii XX w. bez Jana Pawła II, który był - to jedna z jego wielu zasług - geopolitycznym dowódcą walczącym z komunizmem, bez używania ani jednego strzału. Kiedy jednak zwalczał tę ideologię na Wschodzie, to niejako w ramach tej samej kampanii ostro zwalczał lewicowe, marksowskie ciągoty teologów wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej. Wygrał czy też pomógł wygrać z komunizmem, ale latynoski Kościół wciąż płaci swoją cenę - jest krystalicznie czysty pod względem doktryny, ale księża przestali być w wielu miejscach przywódcami zwykłych, biednych ludzi. Ci popłynęli do zielonoświątkowców i innych protestantów.
Wspierając "Solidarność" i Europę Środkowo-Wschodnią, Watykan za czasów Jana Pawła II zastanawiał się, dokąd płyną pieniądze na pomoc, a nie miał głowy zastanawiać się skąd i jak. Efektem ubocznym były skandale finansowe wokół nieprzejrzystej księgowości w banku watykańskim.
Polskość papieża rzutowała też na jego podejście do skandali seksualnych - miał tendencję do niewierzenia, bo pamiętał o różnych fabrykowanych zarzutach przeciw Kościołowi w komunistycznej Europie. No i ponadto nie mieściło mu się w głowie, że ksiądz może dopuścić się czegoś takiego.
I z tym wszystkim trafił na ołtarze...
- Beatyfikacja nie jest werdyktem trybunału sądzącego historię, lecz potwierdzeniem osobistej świętości człowieka. Nie usprawiedliwia błędów pontyfikatu, lecz potwierdza, że papież - także w rządach nad Kościołem - przy swojej wiedzy, wrażliwości trwał przy Bogu w nadzwyczajny sposób. To zresztą potwierdza konsensus wielu milionów wiernych, władz Kościoła i nawet niewierzących, którzy zgodnie chcieli jego beatyfikacji. Podróżuję jako dziennikarz z Benedyktem XVI. I wszędzie, gdzie jeździliśmy, ludzie wciąż pytali o Jana Pawła II. Nawet w Czechach, gdzie katolicyzm jest przecież tak słaby, niewierzący pytali, kiedy beatyfikacja. Bo nie trzeba być wierzącym, żeby Jana Pawła II docenić.
Benedykt XVI trochę jednak zwlekał?
- Tempo procesu beatyfikacyjnego i tak było rekordowe. I jeśli beatyfikacja jest dziś przez kogoś krytykowana w Kościele, to głównie dlatego, że jest zbyt szybka. Jana Pawła II na potrzeby procesu oceniali jego byli podwładni i współpracownicy, z Benedyktem XVI na czele, co zdaniem sceptyków jest mocno niezręczne. Zwłaszcza że wypowiadając się na temat Kościoła za pontyfikatu Jana Pawła II, wypowiadają się trochę na swój temat. No i stawia się pytanie, czy papieży warto w ogóle wynosić na ołtarze, by dawać za wzór i przykład, skoro ich wzór i przykład - niejako z urzędu - jest i tak doskonale znany. Przecież są na świeczniku przez cały swój pontyfikat.
To pytania, których nie można lekceważyć, ale tłumy wiernych krzyczące "Santo subito" są dostateczną odpowiedzią, że jednak trzeba go było beatyfikować. Benedykt XVI, powołując się na precedens Matki Teresy z Kalkuty, postanowił nie uchylać wymogu uprzedniej beatyfikacji przed ogłoszeniem papieża świętym [po uznaniu drugiego cudu], ale to nie oznacza, że miał jakiekolwiek wątpliwości co do ogromnej wartości pontyfikatu oraz beatyfikacji dla obecnego Kościoła. Taki poprzednik to, użyję pojęcia z innej dziedziny, prawdziwy kapitał.
"Procentuje" obecnemu papieżowi?
- To niesłychane, jak te dwa pontyfikaty się uzupełniają. Jan Paweł II był kompletnie "na zewnątrz" - koniec z Kościołem milczącym, głoszenie wiary wszystkim i wszędzie. Natomiast Benedykt XVI jest "do wewnątrz" - to chwila oddechu, uporządkowania, uwagi dla kościelnej doktryny i administracji. To oczywiście nie jest żadna ujma, bo dzięki temu Kościół oczyszcza się z grzechów pedofilii. A jednak Benedykt XVI, by móc sprawować pontyfikat w swoim stylu, potrzebuje ciągłego odniesienia do Jana Pawła II, do jego gigantycznej ewangelizacyjnej energii, do otwarcia Kościoła na nowoczesność. Dlatego tak chętnie i często go przypomina, cytuje, a teraz wynosi na ołtarze. Nie zamierza "konkurować", lecz być "uzupełnieniem" poprzednika, co dał do zrozumienia już w dniu swego konklawe.
Mówimy teraz o mnóstwie zasług Jana Pawła II dla świata i Kościoła, ale właściwie, w czym był osobiście wyjątkowy, święty?
- Mnie od początku uderzało, jak zawsze potrafił stawiać na człowieka. W Krakowie to była na przykład Wanda Półtawska - człowiek, ważna współpracowniczka, nie - jak by może wynikało z logiki Kościoła - ksiądz czy mężczyzna. W Watykanie wybierał współpracowników bardzo od siebie różnych, ale też widział w nich przede wszystkim ludzi, a nie różne style czy nawet poglądy. Ufał, że ze współpracy tych ludzi wyjdzie coś dobrego. Sekretarzem stanu mianował kard. Agostina Casarolego - wielkiego dyplomatę, jakże różnego od papieża duszpasterza. Szefem Kongregacji Nauki Wiary - kard. Josepha Ratzingera, różnice widzimy do dzisiaj. No i świecki rzecznik Joaquin Navarro Valls, co nie mogło się podobać w Watykanie.
To szukanie człowieka było bardzo widać w wywiadzie dla Jasia Gawrońskiego z 1993 r., kiedy Jan Paweł II mówił o "ziarnach prawdy" tkwiących w socjalizmie. Gawroński mógł się wtedy spodziewać, że papież z kraju, który do niedawna tkwił w realnym socjalizmie, oraz wspierający walkę z socjalizmem będzie oskarżał czy nawet triumfował po wygranej zimnej wojnie. A ten mówi o "ziarnach prawdy", czyli "szuka" ludzi, których pociągnęły te idee, "szuka" ludzi, którym jest źle w triumfującym kapitalizmie. To był naprawdę święty człowiek, a nie świątek.
*Giacomo Galeazzi, autor książek o Janie Pawle II "Wojtyla segreto. La Prima controinchiesta su Giovanni Paolo II" oraz "Karol e Wanda". Watykanista dziennika "La Stampa"
Źródło: Gazeta Wyborcza