Jarosław Kurski: Jakie przesłanie obecnego pontyfikatu jest dla Księdza Arcybiskupa najważniejsze?
Abp Józef Życiński: Patrząc na całe 25 lat - papieskie przesłanie nadziei wyrażane w konsekwentnej trosce o godność osoby ludzkiej i budowę "kultury życia". Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że stojący z dala od Kościoła Francis Fukuyama na kartach swej najnowszej książki "Our Posthuman Future" właśnie z nauczaniem Jana Pawła II wiąże nadzieję na przyszłość humanizmu. Nie jest łatwo o tę nadzieję, gdyż na przełomie tysiącleci pojawiło się wyjątkowo dużo proroków głoszących pesymizm i rozczarowanie. 100 lat po odejściu Nietzschego, który deklarował śmierć Boga, nadzwyczaj popularne okazują się deklaracje o śmierci człowieka. Na przekór ich sympatykom Papież potrafi bronić ludzkiego świata wartości i sensu. W tym widzę szczególną wielkość jego misji.
Jednak przecież samo kontestowanie modnych opinii nie przesądza jeszcze o wielkości?
- Nie chodzi tu o prostą kontestację. Znamienną cechą papieskiej posługi jest otwarcie na dialog z kulturą współczesną, światem nauki i twórcami sztuki. Widomym tego znakiem są choćby utworzone przez Papieża takie instytucje jak: Papieska Rada Kultury, Papieska Akademia Nauk Społecznych i Papieska Akademia Życia. Podejmowane przez nie problemy świadczą o obecności Kościoła w samym centrum najgłębszych przemian kulturowych: od globalizacji po klonowanie.
Nie jest przypadkiem, że to Jan Paweł II poddał krytycznej ocenie postawę Kościoła w czasach inkwizycji czy procesu Galileusza. Ale czy wierzy Ksiądz Arcybiskup w jakieś praktyczne następstwa prowadzonych przez wymienione instytucje teoretycznych debat?
- Nie ma rzeczy bardziej praktycznej niż dobra teoria. Nie potrafię wskazać żadnego innego pontyfikatu, w którym by równie mocno zachęcano do współpracy fizyków i teologów, jak uczynił to Jan Paweł II w swym "Liście do George'a Coyne'a". Podobnie papieskie uznanie ewolucyjnej genezy człowieka w przesłaniu z 1996 r. była szokiem dla wielu programowych krytyków Kościoła, jak choćby Richard Dawkins. Wielu przyrodników wyznaje, iż sądzili, że papieży interesują przede wszystkim sprawy prawa kanonicznego i liturgiki. Zaskoczyło ich więc, że głowa Kościoła potrafi mówić z tak wielkim zrozumieniem o sprawach im bliskich.
Pamiętam, jak po jednej z naszych kosmologicznych debat w Castel Gandolfo, Ojciec Święty miał na śniadaniu fizyka z Japonii. Jedno z pierwszych pytań, które usłyszał japoński gość, brzmiało: "A czy pan też ocenia krytycznie teorię superstrun?" Nie pamiętam już, jaką ocenę podzielał ów fizyk. Pamiętam tylko, że się zakrztusił.
Co dla Księdza Arcybiskupa jest najmilszym zaskoczeniem tego pontyfikatu?
- Nie dałbym głowy, że "najmilszym", ale na pewno miłym zaskoczeniem była dla mnie papieska wizyta w synagodze rzymskiej 13 kwietnia 1986 r. Drugi raz, po przeszło 19 wiekach, Papież modlił się w synagodze. Kiedy przed Janem Pawłem II uczynił to św. Piotr, było to naturalne i Apostoł nie musiał nikomu wyjaśniać, że przychodzi na wspólne modlitwy do "starszych braci w wierze". Te właśnie słowa Jana Pawła II przywoływał po latach ze wzruszeniem naczelny rabin Rzymu, prof. Elio Toaff, gdy jesienią 2000 r. przyjmował doktorat honorowy w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Czy dziś, po 17 latach, wszyscy w Polsce potrafią docenić sens tamtej modlitwy w synagodze?
- Cóż, prorocy nie są po to, aby ich doceniano czy oklaskiwano. Kiedy wyprzedzają epokę, często pozostają niezrozumiani albo są rozumiani powierzchownie. W odniesieniu do Żydów niektórym środowiskom bliskie bywają kategorie bezinteresownej niechęci czy agresji, nie zaś wspólnej modlitwy. Niektórym, niestety, znacznie łatwiej o epitety niż o modlitwę. Nie zmieni się tego z dnia na dzień.
Dramat niezrozumienia nie jest jedynie udziałem Jana Pawła II. Kiedy Leon XIII ogłaszał swe encykliki społeczne, niektórzy z jego krytyków twierdzili, że wystarczyłoby, gdyby papież ograniczył się do zachęcenia robotników do wydajnej i uczciwej pracy. Jeśliby posłuchano ich rad, głównymi obrońcami robotników zostaliby później bolszewicy. Gdyby dziś Jan Paweł II, słuchając podobnych rad, nie potrafił wyprzedzać epoki, chrześcijaństwo byłoby nieobecne np. w określaniu kształtu przyszłej Europy.
Czy Papież jest samotnym prorokiem?
- Nie trzeba tej samotności dramatyzować. Jest wiele dziedzin, w których ciepło charyzmatycznej osobowości Ojca Świętego wywołuje głęboki i autentyczny rezonans. Choćby z młodzieżą w Toronto. Zaskoczeni dziennikarze podkreślali wtedy, że nie potrafią wytłumaczyć zachowania młodych, którzy chłonąc papieskie słowa, ocierali łzy wzruszenia. Mamy tutaj przedziwny magnetyzm osobowości w środowisku młodych, które nierzadko bywa oskarżane o cynizm czy nihilizm.
Znamienne, że to właśnie z młodzieżą czy z rzeszami pielgrzymów Papież potrafi rozwijać najbardziej ujmujący dialog.
- Tę formę dialogu najłatwiej nam zauważyć. Znam jednak przypadki równie głębokich fascynacji w środowisku intelektualistów przeżywających indywidualnie swój kontakt z Bogiem. Alvin Plantinga, profesor filozofii z Uniwersytetu w Notre Dame (Indiana), opowiadał mi, jak wielkie wrażenie zrobiła na nim przed laty lektura papieskiego listu o cierpieniu "Salvifici doloris". Plantinga jest wyznawcą kalwinizmu. Nie znał wcześniej tekstów papieskich i sądził, że będzie to jakiś drętwy, nudny dokument. Tymczasem lektura była dla niego wstrząsem. W ten sposób nie pisze o cierpieniu ktoś, kto poznał je tylko z pozycji teoretyka. Może obecne świadectwo cierpienia pisane papieskim życiem jest dla nas tak przejmujące właśnie dlatego, że znajdujemy w nim potwierdzenie tamtych pięknych tekstów pisanych w słoneczne dni przez uśmiechniętego Bożego atletę.
Czy może Ksiądz Arcybiskup, odwołując się do osobistego doświadczenia, przywołać sytuację, która szczególnie wryła się Księdzu w pamięć poprzez swój symboliczny wymiar?
- Pamiętam bardzo dobrze spotkanie z Ojcem Świętym bezpośrednio po mojej nominacji biskupiej jesienią 1990 r. Jadąc do Rzymu, myślałem wtedy o biskupich troskach, także o tych, które wcześniej dzieliłem tylko z Panem Bogiem. Zamierzałem część z nich przedstawić podczas kolacji Papieżowi, aby skorzystać z jego mądrości.
Czekając w watykańskim saloniku wśród dyskretnie przygaszonych świateł usłyszałem kroki nadchodzącego Papieża. Długim, spowitym przez mrok korytarzem nadchodził powoli, pogrążony w myślach, ze znamiennym pochyleniem do przodu, jak gdyby dźwigał na barkach brzemię odpowiedzialności za cały świat. Patrząc na jego pochyloną sylwetkę, pomyślałem, że jego brzemię to nie poetycka metafora, lecz rzeczywistość - i ja nie mam prawa, by dokładać jeszcze moje troski do jego ciężaru. Przy kolacji przywoływałem więc tylko radosne wydarzenia z życia wspólnych krakowskich znajomych.
Tamten widok Papieża idącego wśród mroku, w głębokim zamyśleniu, powraca często w mej pamięci. Także jako przypomnienie, że wspólnie winniśmy dzielić zarówno troski, jak i najgłębszą samotność proroka skomplikowanej epoki.