Nic zatem nie stało na przeszkodzie, by "Gra w klasy" została tzw. powieścią kultową, a pisarz literackim Buddą - przez swoich wyznawców wielbionym bezgranicznie, także w Polsce. Dla niezorientowanych w proporcjach kultu dodam tylko, że ten argentyński emigrant w latach 70. dla polskich czytelników był (toutes proportions gardees) kimś na kształt Whartona pożenionego z Coelho. "Jego pierwszy pobyt w Polsce był wielkim triumfem. Na spotkanie w Remoncie przyszło parę tysięcy ludzi, w rezultacie do regulowania ruchem musiano wezwać milicję" - wspominała w swojej autobiografii tłumaczka Cortázara Zofia Chądzyńska.
Zaczynał pisać w wieku, w którym wielu kończy swoje zmagania z literaturą; tak naprawdę debiutował, gdy miał 37 lat, i zaraz potem wyjechał do Paryża, gdzie spędził pozostałe kluczowe 33 lata swojego życia, zajmując się pracowicie zbawianiem literatury i czasami próbując to samo robić z ludzkością en masse.
Klub życiowych rozbitków
"Gra w klasy" (wydana po raz pierwszy w 1963 roku) to jedna z najbardziej paryskich spośród miliona paryskich powieści. "Paryż to metafora" - takie zdanie pada w tej monumentalnej, wielopoziomowej książce. To miasto lat 50. - jak z fotografii Cartier-Bressona. Mityczne miasto kafejek, bukinistów, kin, kloszardów, wina, papierosów Gauloises, słowem, wszystkich świetnie znanych klisz; to Lourdes i Częstochowa muzyków, pisarzy, malarzy i wszelkich innych nieudaczników z przerośniętym ego.
Tacy są bohaterowie grający w klasy - klub życiowych rozbitków, kosmopolityczna Tratwa Meduzy, która dobiła do Paryża i tam jej pasażerowie usiłują żyć, kochać i toczyć zasadnicze debaty o sztuce. To Argentyńczycy, Urugwajczycy, Chińczycy, bezpaństwowcy, posiadacze kilku alternatywnych życiorysów zmienianych w zależności od stanu upojenia. Tak jak Osip Gregorovius, 48-letni intelektualista (czyli pijak na utrzymaniu ciotecznej babki), który ma pochodzenie węgierskie, daje do zrozumienia, że jest Czechem jakoby urodzonym w Glasgow z matki Bośniaczki. Zresztą kwestia matki zmienia się u niego w zależności od tego, czy jest urżnięty whisky, dżinem, czy beaujolais.
Horacio Oliveira, "sfrancuziały Argentyńczyk", główna postać "Gry...", wierzy, że "pamięć zachowuje wszystko, a nie tylko Albertyny i inne wielkie efemerydy serca i nerek", zatem powieść ta jest gigantycznym kufrem z pamiątkami, wielkimi drobiazgami i maleńkimi monumentami.
Czytaj, jak chcesz
Można ją czytać na kilka sposobów: tradycyjnie - od pierwszej do ostatniej strony - lub według klucza przygotowanego przez Cortázara, skacząc od rozdziału do rozdziału. Część pierwsza opisuje pobyt bohaterów w Paryżu, ich nocne seanse alkoholowo-dyskusyjne. Część druga to pobyt Horacio Oliveiry w Argentynie, który usiłuje tam znaleźć Magę, kobietę, która odeszła, i łudzi się, że jest w stanie ją odzyskać. Część trzecia natomiast jest najbardziej luźna, składa się z cytatów, wycinków, ale to w niej można znaleźć poglądy Cortázara na literaturę.
I mimo że ta trzecia część nazywa się "Rozdziały, bez których można się obejść", to nie wolno jej pominąć pod żadnym pozorem. "Grę w klasy" można też czytać metodą totolotkową, na chybił trafił - każda z metod się sprawdza, bo czytając tę powieść bez granic, zawsze wygrywa się szóstkę z potrójną kumulacją.
W przeciwieństwie do bohaterów, bo ci przegrywają - Madze umiera małe dziecko, Horacio miota się między kobietami i każdą traci, reszta traci złudzenia, klub się rozpada, zostaje przykry kac.
Prawdziwe wydarzenie
"Gra w klasy" to "rytuał kamyków i podskakiwań na jednej nodze, prowadzący do Nieba". Bohaterowie "Gry..." są w ciągłej podróży do Nieba, ale wciąż nie opuścili Czyśćca, i nic nie wskazuje na to, by miało się to stać. Niektórzy z nich tracą nawet mozolnie zbierane punkty i są zawracani do poziomu "Piekło", jak Horiacio Oliveira złapany na seksie z odrażającą kloszardką i upokorzony przez policję. Zresztą to Cortázar jest współodpowiedzialny za mit kloszardów - ludzi naprawdę wolnych. Dawna dziwka Emanuelle, dziś cuchnąca paskuda spod mostu, to w oczach Magi piękna, zakochana kobieta.
Cortázarowi udała się rzecz zupełnie niepojęta - tworząc nowatorską literaturę bez linearnej narracji, stworzył jednocześnie fantastyczne czytadło. "Gra w klasy" to książka, którą naprawdę przeczytali wszyscy, którzy dumnie demonstrują jej grzbiet na swoich półkach. Ten honor, niestety, nigdy nie spotkał dzieł Joyce'a ani Prousta. Cortázar stał się białym wielorybem w literackim oceanie - przystępnym awangardzistą.
Mario Vargas Llosa w swoim wspomnieniu po śmierci pisarza napisał o „Grze w klasy”, że „stała się prawdziwym wydarzeniem w całym hiszpańskojęzycznym świecie. Zburzyła aż do podstaw przekonania i przesądy czytelników oraz autorów na temat celów i środków narracji, przesunęła granice gatunku w zupełnie nieoczekiwane regiony. Dzięki » Grze w klasy «zrozumieliśmy, że pisanie jest jedną z najgenialniejszych rozrywek, że badanie tajemnic świata i języka jest zabawne”.
Trudne wzruszenie
Czytałem tę książkę po raz pierwszy w liceum, zafascynowany naiwnie jej artystowską na pozór wymową, znajdując w niej głównie apoteozę życia wolnego od udręki rutyny, monotonii, szkoły (a w perspektywie pracy), nie widząc tego, że nade wszystko jest to powieść o samotności. Bo na początku człowiek czuje się wolny, potem jest już tylko samotny.
Najsmutniejszy obraz samotności Cortázar pokazuje w portrecie okropnej pianistki Berthe Trepat, na której beznadziejny recital przypadkiem trafia Horacio. Trepat, podobna do czarownicy Hogaty ze smurfów, jest nie tylko brzydka, stara, źle ubrana, niezdolna, ale także wielce niesympatyczna. A jednak ta postać wzrusza, ale nie sentymentalnie, bo to nie jest dziewczynka z zapałkami ani jelonek Bambi. To nie jest łatwe wzruszenie, to jest ciężka, bolesna i niechciana sympatia, która spada na czytelnika jak meteoryt. A jednocześnie długi opis potwornego koncertu i wędrówki Trepat i Horacia przez nocny Paryż to jedna z zabawniejszych scen w literaturze współczesnej.
My nie żyliśmy
"Gra w klasy" to także poważna opowieść o pisarstwie, co się z samotnością pięknie łączy w odpowiedzi danej przez obserwatora wypadku, tak tłumaczącego niemożność zawiadomienia rodziny ofiary: "On nie ma rodziny. To pisarz".
Pisarz uchodzi z życiem ze zderzenia z samochodem i potem, leżąc w szpitalu, pyta Oliveirę: "A pan pewnie pisze ?". "Nie - powiedział Oliveira. - O czym miałbym pisać? Do tego trzeba mieć pewność, że się naprawdę żyło". A bohaterowie "Gry w klasy" tylko żyją w ułudzie, że żyją. W gruncie rzeczy są martwi, choć piją, palą, słuchają jazzu i usiłują przeżywać coś na kształt miłości.
"Do czegóż służy pisarz, jeśli nie do burzenia literatury?" - pyta retorycznie Oliveira i konsekwentnie (nie mogąc być pisarzem) burzy swoje życie. "Bywają życia - pisze Cortázar - jak artykuły literackie, wspaniałe na pierwszej stronie, lecz z ogonami ciągnącymi się wstydliwie, gdzieś na stronach trzydziestych, wśród ogłoszeń i reklam pasty do zębów".
"Gra w klasy" to tylko jedna z konkurencji Cortázarowskiej olimpiady. Żeby zdobyć komplet medali, trzeba przeczytać wszystko, co ten niesamowity Argentyńczyk napisał.