To mogło wyglądać tak: jest rok 2007. Pan Minister od Edukacji po raz pierwszy w życiu czyta "Trans-Atlantyk" Gombrowicza. Właśnie kończy lekturę i zamyka książkę. Zrywa się nagle i drze arcydzieło na strzępy. Wrzeszczy: "Gombrowicz, bluźnierco i zboczeńcu, won z kanonu lektur szkolnych!".
Ponieważ lubię wizualizować sobie sytuacje, które mogłyby się zdarzyć, wyobraziłem sobie rozmowę Pana Ministra z Witoldem Gombrowiczem.
Pan Minister: Pańska książka mnie zirytowała. Sponiewierałem ją.
Gombrowicz: Bardzo się cieszę.
Pan Minister: Obawiam się, że nie ma pan z czego. Czytało mi się ją ciężko. Zawikłany język, XVII-wieczna polszczyzna. Po co tak komplikować? Dziesięciokrotne powtórzenia, niekończący się słowotok. Puścił pan werbalnego pawia.
Gombrowicz: Miło mi.
Pan Minister: To nie jest komplement. Dziś w pisarstwie dąży się do oszczędności: minimum słów, maksimum treści. A ja co chwila gubiłem wątek, czytałem niektóre akapity po trzy razy. Czy oczekuje pan od czytelnika miłosierdzia?
Gombrowicz: Nie tworzę literatury popularnej, która wchodzi w czytelnika miękko jak hamburger, a potem jest wydalana i zapominana. Ja w swoich książkach, panie ministrze, gwałcę i rżnę. Gwałcę Pana Boga, Polaków, rżnę wszystkie świętości.
Pan Minister: Nie! Przegiąłeś. Nigdy więcej nie zanieczyścisz umysłów polskiej młodzieży. Nie będziesz, błaźnie, pluł nam w twarz!
Następnego dnia Pan Minister pojawił się przed kamerami telewizyjnymi, czego wszyscy byliśmy świadkami. Ponieważ nie zdążył wszystkiego powiedzieć, niniejszym upubliczniam pełną wersję jego przemówienia: Panie i Panowie, Rodacy. Jako minister edukacji muszę dokonać pewnych zmian programowych. Otóż odkryłem, że w kanonie pisarzy szkolnych znalazł się autor niegodny: Gombrowicz. Czyrak na pupie naszej literatury. Jego bohater, bohater "Trans-Atlantyku", nie może w żadnym wypadku być wzorem dla młodzieży. To anty-Polak. W obliczu wojny w 1939 r. dezerteruje. Zmyka do Argentyny, podczas gdy inni nadstawiają karku w obronie ojczyzny. Ten bohater śmieje się z naszej historii, z bohaterstwa naszych ojców i ma w głębokim poważaniu umieranie za ojczyznę.
Jak na pisarza, który tworzył poza granicami Polski, Gombrowicz nie wywiązał się z oczywistego obowiązku każdego obywatela: nie chwalił i nie promował dobrego imienia Polski w świecie. W "Trans-Atlantyku" tak sportretował Polaków. Oto oni: Pyckal, Baron i Ciecisz. Same imiona ośmieszają. Niby wspólnicy, ale ciągle się kłócą, jeden robi na złość drugiemu, podkładają sobie świnie. Po co o tym gadać światu? I czy to jest rzeczywiście Polaków portret właściwy?
A co Gombrowicz robi z ministra, przedstawiciela narodu polskiego i państwa? Robi z niego Jaśnie Wielmożnego Posła, napompowanego buca, który sprawuje władzę tylko po to, żeby puszyć się przed innymi. Czy tak rzeczywiście wygląda w Polsce klasa polityczna?
Mówmy o sobie dobre rzeczy, nawet jeśli nie mamy ku temu zbyt wiele powodów. Bądźmy z siebie dumni, bo świat na nas patrzy. Udowadniajmy światu, że jesteśmy piękni. Tak nam dopomóż Bóg!
No i jeszcze jedno: bohater Puto Gonzal. Bezwstydnik. Biega za chłopcami. Jest po uszy zakochany w czystym i niewinnym polskim młodzieńcu Ignacu. Główny bohater darzy sympatią owego Puta, pomaga mu uwieść Ignaca. Sam roztacza przed nami pełne zachwytu opisy nagiego ciała młodzieńca. Czy to jest zdrowe? Czy to aby nie pornografia? A najgroźniejsze jest to, że postać Puta Gonzala zdaje się najsympatyczniejszą spośród tych szkaradnych bohaterów "Trans-Atlantyku". Czy to właściwa lektura dla polskiego ucznia, nieznającego i nierozumiejącego życia? Czy to nie promocja homoseksualizmu?
Na koniec: Gombrowicz to błazen, a u nas na robienie sobie jaj nie ma miejsca. Gombrowicz to anty-Polak. A my, ministerstwo, nie pozwolimy, by młodzież uczyła się z lektur szkolnych antypolskości. Gombrowicz to deprawator i wyuzdaniec. Bo czymże jest wprowadzanie wątków gejowskich do literatury? Dlatego jednym zdecydowanym PRECZ usuwam Witolda Gombrowicza z panteonu pisarzy szkolnych.
Siedziałem przed telewizorem i patrzyłem na gadającą głowę Pana Ministra. Nagle miałem wrażenie, że zza jego pleców ukazała się błaznowata gęba Gombrowicza, która szepnęła ministrowi do ucha: "Mój związek z czytelnikiem jest jak toksyczny związek kochanków. Ja na swój sposób kocham pana, Panie Ministrze. Pan może mnie nienawidzić i kopać, ale pan mnie NIGDY nie zapomni!
Wydało mi się, że Pan Minister się zarumienił.
Warto zapamiętać:
Witold Gombrowicz (1904-69). Pisał prozę, dramaty i eseje. Tuż przed wybuchem drugiej wojny wyjechał do Argentyny, gdzie w 1953 r. powstał "Trans-Atlantyk". Inne świetne tytuły: "Bakakaj", "Ferdydurke", "Dziennik".