Patrzę na rękę Orzeszkowej, która kreśli bohaterów swojej najsłynniejszej powieści. On, Teofil Różyc, XIX-wieczny narkoman. Ona, Emilia Korczyńska, matka, żona i hipochondryczka - wiecznie umierająca. I jeszcze jeden on - Zygmunt, bawidamek, pogromca niewieścich serc. Orzeszkowa sprytnie pakuje ich do ciasnych, zatęchłych pomieszczeń, w których panuje półmrok. Efekt gotowy - mnie, czytelnika, na widok tych postaci mdli. Ale dno! - myślę. Oni nic nie robią - żyją z majątku, który odziedziczyli po przodkach. Nie muszą walczyć o byt. Nie dostali od życia kopa. Są jak dętka, której nikt nie nadmuchał. Zero pasji, zero motywacji. Zjadają ich dwie choroby - nuda i poczucie pustki.
Różyc ucieka w morfinę, pani Emilia w chorobę (bo chorowanie może być też sposobem na życie), Zygmunt zaś zalicza romanse, co podpompowuje mu poziom adrenaliny. Ma złudzenie, że życie jest ważne.
Podpatruję Orzeszkową, która z ołówkiem w dłoni jest jak chirurg ze skalpelem - dokonuje wiwisekcji XIX-wiecznej mentalności Polaka. Do czego zmierza?
Wprowadza nowych bohaterów. Oto oni, młodzi i piękni - Justyna Orzelska i Janek Bohatyrowicz. Ona, szlachcianka, która ma odwagę opuścić salon zblazowanych bogaczy i pobiec do niego. On zaś, żyjący jak chłop z pracy na roli, pracuje od świtu do zmierzchu. Pełen spokoju i uśmiechnięty. Jego życie jest piękne: to, co robi, wydaje mu się sensowne. Praca nadaje sens jego życiu. Justyna, dziewczyna z salonów, patrzy na Janka, chłopa. Imponuje jej. Gotowa jest popełnić mezalians.
Ta dziewczyna zwiastuje nowe czasy - jest szlachcianką, która zaczęła "plamić" swoje dłonie robotą, a również kobietą, która uciekła z domu, odcięła się od własnego środowiska i sama wybrała sobie mężczyznę. Zaczęła żyć na własny koszt.
Szacuneczek dla Elizy Orzeszkowej i całej formacji pozytywistów. Swoimi utworami dokonali rewolucji w myśleniu społeczeństwa. Polska kultura silnie pożeniona z katolicyzmem lubiła stawiać na piedestale ubogiego prostaczka. Mówiono: chrześcijaństwo jest religią biednych, to ubogi może liczyć na szczególne fory u Pana Boga. A bogaty? Wiadomo: prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego.
Pozytywiści zaś powtarzali jak mantrę: bogaćmy się. A przede wszystkim nauczmy się pracować!
Dlatego Orzeszkowa, kreując Justynę Orzelską i Janka Bohatyrowicza, zaszczepia nowy etos, w którym praca, zarabianie pieniędzy i budowanie własnej zamożności jest nie mniej ważne niż Bóg, honor i ojczyzna.
Gdy patrzę na polską historię XX w., myślę, że budowaniu etosu pracy bardzo zaszkodził PRL. Wtedy pracy nikt nie szanował. Mało kto się starał. Panowała przecież zasada: czy się stoi, czy się leży, tyle samo się należy.
Po 1989 r. Polak nadrabia zaległości. Pracuje jak wół. Pracuje za dwóch. Nie wiem jednak, czy współczesny styl pracy - pełen pośpiechu, przewlekłego stresu, ocierający się o pracoholizm - podobałby się Justynie i Jankowi, dwojgu pięknym kochankom znad Niemna. Im praca dawała spokój i poczucie sensu. A nam?
Warto zapamiętać:
Eliza Orzeszkowa (1841-1910). Powieściopisarka, nowelistka i publicystka. "Nad Niemnem" było drukowane w odcinkach w "Tygodniku Ilustrowanym" w 1887 r. Przyjęte zostało entuzjastycznie i uznane za epos narodowy. W 1890 r. cenzura zakazała kolejnej edycji. Inne ważne utwory: "Meir Ezofowicz", "Cham".