Miał w życiu dwie pasje: żeglarstwo i Internet. Tą drugą zarażał wszystkich w czasach, gdy o sieci w Polsce mało kto jeszcze wiedział, a przedstawiciele firm, które dziś mówią, że "od zawsze" wierzyły w potęgę Internetu, pukali się w głowę na samą myśl pisania na ten temat.
Kiedy dzisiejsi internauci uczyli się tabliczki mnożenia, Andrzej uczestniczył w wielkim amerykańskim sporze dotyczącym wolności w Internecie. Korespondował z uznanymi wtedy i dziś autorytetami z Electronic Frontier Foundation, a w naszej "Gazecie" pisał artykuły, w których tłumaczył niebezpieczeństwo cenzurowania Internetu. A był to początek lat 90., gdy nie wszyscy u nas znali praktycznie znaczenie słowa "demokracja".
Do dziś niewiele jest osób, które by tak jak Andrzej rozumiały znaczenie wolności w globalnej sieci i potrafiły tak pięknie na ten temat mówić. Był dumny, podobnie jak my wszyscy, że na naszych oczach odbywa się rewolucja, a zarazem ubolewał, że mało kto w naszym kraju docenia wagę zagadnienia...
Wielokrotnie zastanawiałem się, gdzie dziś byłby Andrzej, gdyby żył. Myślę, podobnie jak wielu jego przyjaciół, że zrobiłby wielką karierę, choć niekoniecznie w Polsce. Kto wie, pewnie prędzej czy później wylądowałby w Stanach Zjednoczonych, gdzie wpadłby na jakiś fantastyczny pomysł, pewnie jeszcze bardziej zwariowany niż Yahoo! Jaki? Już się nie dowiemy.