Niezbyt udana próba połączenia kina drogi i film sportowowego. Dwaj pierwszoligowi aktorzy (Banderas i Harrelson) grają zaprzyjaźnionych, niespełnionych i starzejących się bokserów z Los Angeles. Pewnego dnia otrzymują propozycję, która pozwoli im nie tylko zarobić godziwe pieniądze, ale - być może - ożywić dogorywające kariery sportowe - mają mianowicie (w trybie nagłego zastępstwa) wystąpić w pojedynku poprzedzającym główną walkę wieczoru z udziałem samego Mike'a Tysona. Impreza ma odbyć się w Las Vegas tego samego dnia - na zdrowy rozum powinni więc natychmiast wsiadać do samolotu. Jednak wolą scenarzysty jest, aby odbyli podróż samochodem (i to okrężną trasą) w towarzystwie obecnej narzeczonej (Davidovich) pierwszego z nich (Banderasa), a byłej drugiego (Harrelsona)...
Jadą więc... i jadą... i jadą... i jadą... Pierwszą połowę filmu wypełnia niewiarygodnie nudna podróż (retrospekcje z przegranych walk, jakaś drobna przygoda erotyczna, uczuciowe przekomarzanki itd.). Drugą - obiecany pojedynek - ale też niezbyt emocjonujący, gdyż nie wiadomo, komu kibicować.
"Kumpel do bicia" oparty jest na wątlutkim pomyśle i nia ma satysfakcjonującej puenty. Kilka w miarę dowcipnych dialogów nie czyni jeszcze komedii.